Test i przygoda Dacia Duster Blackshadow – do Rumunii i z powrotem!

11.09.2017, 14:38 przez Dawid

4 dni, 4 tysiące kilometrów, Dacia Duster 1.5 dCi Blackshadow. Czyli wizyta w fabryce Dacii w Mioveni, trasa Transfogarska, Morze Czarne i cała masa przygód po drodze.

Tydzień przed odbiorem do testów Dustera, napisał do mnie znajomy czy nie wybrałbym się z nim w podróż do Rumunii. Długo nie musiał mnie namawiać, praktycznie od razu się zgodziłem, chociaż wizja przejechania 4 tyś kilometrów w cztery była trochę męcząca. Los chciał, że na ten wyjazd miał właśnie Dustera, tego samego, którego miałem testować tydzień później. Wtedy już wiedziałem jak będzie wyglądać mój test. Miałem już okazję testować praktycznie takiego samego Dustera, dlatego tym razem będzie trochę mniej technicznie. Dogłębnie przekonałem się jak Duster sprawuje się w długiej trasie i dlaczego jest to samochód idealny na rumuńskie drogi.

Wyruszyliśmy około północy. Chcieliśmy jak najszybciej przejechać przez Polskę, żeby od rana być już poza granicami kraju. Na południe jechaliśmy bez żadnych problemów z bardzo niskim spalaniem – podczas tankowania przy granicy, wyszło nam średnie spalanie w okolicach 5 litrów na 100 km. Po zatankowaniu naszego Dustera ustawiliśmy nawigację na cel dnia pierwszego, czyli miejscowość Kluż-Napoka. Przejazd przez Słowację oraz Węgry poszedł nam bardzo sprawnie, auto przy jednostajnej jeździe w okolicach 120 km/h nadal było bardzo ekonomiczne, no i dało się rozmawiać we wnętrzu – powyżej tej prędkości daje o sobie znać oszczędzanie na elementach wygłuszających i niestety robi się w aucie zbyt głośno.

Po wjechaniu do Rumuni okazało się, że nasz Duster nie posiada tutejszych map w nawigacji. Dość nietypowa sprawa, ale podejrzewam, że po prostu wgrane do urządzenia mapy są zależne od rynku, na który trafia dany egzemplarz. Posililiśmy się i ruszyliśmy dalej w drogę, tym razem już dość krętą i pełną urokliwych rumuńskich miejscowości, w których spotkały nas dość nietypowe sytuacje. Jedną z nich była rozbita Dacia Logan… wieziona na widlaku środkiem ulicy. Myślałem, że to największy szok, którego doznam podczas tego wyjazdu – myliłem się.

Duster nadspodziewanie dobrze radził sobie w pokonywaniu miejskich krętych dróżek, a jego uterenowiony charakter idealnie nadawał się na dziurowe rumuńskie drogi oraz przejazdy kolejowe, które bywają tam gorsze od łódzkich przejazdów tramwajowych. Pod wieczór, po zaliczeniu paru pomniejszych punktów naszej trasy, dojechaliśmy do Kluż-Napoka, bardzo urokliwego, średniej wielkości miasta. Nasz cel na następny dzień? Bukareszt i dalej w stronę morza. Po drodze Transalpina. Z samego rana wyruszamy i kierujemy się w kierunku Transalpiny, która okazuje się niestety częściowo nieprzejezdna i musimy jechać lekko na około. Podczas górskich przepraw okazuje się, że krótka skrzynia Dacii idealnie sprawdza się w tych warunkach ograniczając ciągłe wachlowanie biegami do niezbędnego minimum.

Po południu dojechaliśmy do stolicy Rumunii – Bukaresztu. Po raz kolejny przekonaliśmy się o tym, że to kraj kontrastów. Z jednej strony biedne małe miasteczka, a z drugiej duże miasta, które są dużo dużo bogatsze. A nie widzieliśmy przecież wszystkiego. W mieście przypomniała o sobie krótka skrzynia biegów i na trochę porzuciliśmy pierwszy bieg, ponieważ wygodniej ruszać z drugiego. Będąc w Bukareszcie nie sposób było ominąć Tiriac Collection, któremu poświęciłem osobny wpis. Na koniec dnia docierliśmy nad morze, do Konstancy, najdalej wysuniętego punktu naszej wyprawy – pora powoli wracać.

Rano ruszyliśmy w drogę powrotną. Ustaliliśmy. Że pojedziemy przez Góry Fogarskie – punkt obowiązkowy podczas wycieczki do Rumunii. Tak czekała na nas kolejna niespodzianka. Po drodze zahaczyliśmy o fabrykę Dacii w miejscowości Mioveni. To między innymi tam produkowane są Dustery – nasza Dacia choć na chwilę wróciła do domu :)

Zbliżając się do trasy Transfogarskiej nie minęliśmy żadnych znaków informujących nas o zamknięciu drogi. Byliśmy tym pozytywnie zaskoczeni, ponieważ przygotowywaliśmy się na to, że ze względu na termin będzie ona jeszcze nieprzejezdna z powodu śniegu. Wjechaliśmy więc na górę po krętych drogach. Okazało się, że podróżowanie po tego typu drogach w Dusterze z przodu jest całkiem przyjemne, zaś z tyłu konkretnie buja i przyprawia o lekkie mdłości. Na górze czekała na nas wspomniana niespodzianka – nagle napotykaliśmy śnieg i droga stała się nieprzejezdna, pomimo braku wcześniejszych informacji. Włączyliśmy Google Maps i zawróciliśmy trafiając na… drogę? 

Raczej nie można tak tego nazwać. Prędzej jest to bezdroże, ale nie mieliśmy wyjścia Google usilnie nas tamtędy prowadziło. Przejeżdżaliśmy przez wioski jak to się mówi zabite dechami, niektóre z nich miały pozrywane dachy, mimo to w niektórych z nich widać było zasłony w oknach. Przed jednym z nich zobaczyliśmy ludzi. Muszę przyznać, że bardzo przygnębiający widok, nie sądziłem, że trafimy tam na taką biedę. W 2 godziny przejechaliśmy jakieś 30 kilometrów. Musieliśmy bardzo uważać, bo nie chcieliśmy utknąć pośrodku niczego w nieznanym nam kraju. Duster poradził sobie z tym wyzwaniem bardzo dobrze, gdyby nie jego „uterenowienie musielibyśmy zawracać i szukać innej drogi.

Przed nami została już tylko droga powrotna do Warszawy. Wracając zahaczyliśmy jeszcze o Budapeszt, do którego przyjechaliśmy około 3 w nocy. Przejeżdżając wzdłuż Dunaju i podziwiając widoki kolejny raz to miasto mnie po prostu rozmarzyło, a nie byłem w nim ładnych parę lat. Utwierdziłem się w przekonaniu, że pora się tam wybrać na jakiś dłuższy weekend i spojrzeć na nie na spokojnie już trochę dojrzalszym okiem.

Samochód ten ponownie mnie zauroczył, a przy okazji odkryłem w pełni sens Dustera. Auto to możemy kupić za bardzo dobre pieniądze, jeśli weźmiemy pod uwagę co w zamian dostajemy. Dostajemy produkt uniwersalny, który sprawdzi się na co dzień. Jasne, niesie to za sobą pewne niedogodności. Duster nie zapewni idealnego wyciszenia, a jakość plastików nie jest najwyższa, ale czy można tego wymagać od auta, którego możemy kupić już za 40 tyś zł. Nasza podróż przebiegła bez problemów, przejechaliśmy każdą napotkaną drogę a pomimo braku automatycznej skrzyni biegów nie nadwyrężyliśmy prawej ręki machając biegami. Pomimo 4 tysięcy kilometrów przejechanych w 4 dni zarówno na fotelu kierowcy, pasażera jak i tylnej kanapie nie bolały mnie plecy, więc siedzenia uznaję za wygodne, bo nie ma co ukrywać – był to całkiem spory dystans.

Testowany Duster 1.5 dCi to egzemplarz w limitowanej serii Blackshadow, jego cena z dodatkowym wyposażeniem, które mieliśmy na pokładzie waha się w granicach 78 tyś zł. Wersje Blackshadow wyróżniają m.in. czarne alufelgi z diamentowym połyskiem; lśniące, czarne lusterka boczne oraz osłona chłodnicy; skórzana kierownica; błyszczący, czarny panel środkowy.

Tekst: Arkadiusz Jurczewski

Zdjęcia:  Łukasz Kamiński, Adam GierasFotomotografia, Arkadiusz Jurczewski

źródło: www.motopodprad.pl 

Dodaj komentarz

Ogłoszenia motoryzacyjne

Marka:
Model:
ogłoszeń

Facebook

Najciekawsze oferty

Premiery


Aktualności

Copyright © 2017 CR PLUS Sp. z o.o.