Test Suzuki Swift 1.2 DualJet SHVS

08.08.2017, 10:21 przez Dawid

Suzuki zawsze robiło fajne miejskie samochody. Dlatego z niecierpliwością czekałem na nowego Swifta. Auto to ma swoje zalety, ale gdzieniegdzie pozostawia niedosyt.

Mniejsze samochody to specjalność Suzuki. Gamę Japończyków otwiera najmniejsze Calerio, które podczas testu dostarczyło mi nadspodziewanie dużo radości – mimo swojego trochę topornego charakteru, niczym z lat 90. A może dzięki niemu było tyle radości? Jest też nieśmiertelne Jimny, jedna z najlepszych – i ostatnich – prawdziwych terenówek na rynku. Mały i zwinny, potrafi wjechać wszędzie tam, gdzie więksi konkurenci po prostu się nie zmieszczą.

Nowy Ignis równie ma swoich fanów i choć mnie do gustu nie przypadła zbytnio stylistyka jego tyłu, trzeba przyznać, że został zaprojektowany z pomysłem i ciekawie. W gamie są też mniej ciekawe samochody – Baleno, SX4, Vitara… ale i te modele znajdują swoich nabywców. No i jest jeszcze on. Swift.

Zawsze lubiłem Swifta. Pierwsza generacja nie było przebojem w Europie, ale druga już tak. Nie była piękna, ale za to zwinna i niezawodna. Do dziś np. na Węgrzech jeździ ich mnóstwo. Trzecia zachowała zalety poprzednika, a przy okazji zyskała urodę i tysiąc razy bardziej nowoczesny wygląd. I bardzo fajną wersję Sport, która zachwycała trwałym, wysokoobrotowym silnikiem i gokartowym prowadzeniem.

Czwarta generacja była trochę zbyt podobna do trzeciej, ale też udana. Czekałem więc na Swifta numer pięć.

I oto jest, pojawił się.  Już na pierwszy rzut oka widać, że to Swift, bo stylistycznie nawiązuje do swoich poprzedników. Co ciekawe, wbrew tendencjom do powiększania aut klasy B, jest od schodzącej generacji nieco krótszy i niższy. Dodało mu to dynamiki, podobnie jak klamka tylnych drzwi ukryta w słupku, niczym w Alfie 156. Swift nie udaje większego, niż jest. W końcu nie może robić wewnętrznej konkurencji modelowi Baleno.

Linia dachu oraz tylne reflektory przypominają te z poprzednich modeli. Powiększono grill, choć – na szczęście – nieprzesadnie. Swift ze swoimi 16-calowymi obręczami nie wpisuje się też w modę na gigantyczne alufelgi, co oczywiście potrafi być nieocenione na wyboistych drogach.

Z zewnątrz widać też parę elementów wyposażenia rodem z aut wyższej klasy – radar od aktywnego tempomatu, czy przednie światła LED. Nowoczesne wrażenie psuje tylko niedzisiejsza długa antena na dachu. Ogólnie rzecz biorąc, nadwozie Swifta nie porywa, ale może się podobać. Daleko mu do designerskiego gadżetu, ale jest po prostu miły dla oka.

Wnętrze na pierwszy rzut oka robi bardzo dobre wrażenie. Mocne punkty to ukryte w tubach świetne, rasowo wyglądające i czytelne zegary (podobne do tych z Toyoty GT86) i ładny design konsoli środkowej z ciekawymi, okrągłymi nawiewami. Okrągłe są też wyświetlacze klimatyzacji – uwaga, można się nabrać, że to pokrętło! Kierownica jest spłaszczona u dołu, co wprowadza sportowy klimat.

Niestety, są też gorsze elementy. Przyciski od sterowania szybami i przełączniki po lewej stronie od kierownicy wyglądają staro i tanio. Fotele mają zbyt krótkie siedziska. Gałka zmiany biegów mogłaby być trochę ładniejsza. Ekran dotykowy jest ładny i łatwy w obsłudze, ale wygląd jego menu jest trochę przestarzały, podobnie jak sam system nawigacji.

Przestrzeni pod dostatkiem jest z przodu. Z tyłu robi się ciaśniej, zaś jazda w pięć osób jest już po prostu bardzo niewygodna. Ale to w końcu samochód klasy B, w końcu niezbyt duży – konkurenci spod znaku Renault czy Skody są więksi. Swiftem za to łatwo się parkuje – i to mimo słabej jakości kamery cofania. A jak jest z jazdą?

Do napędzania testowanego Swifta służył wolnossący silnik 1.2 o mocy 90 KM. Motor ten lubi wysokie obroty.  Aby szybko nim jechać, należy często sięgać do lewarka i nie żałować wrażeń wskazówce obrotomierza. Na szczęście jak na swoją moc i pojemność radzi sobie dobrze i żwawo napędza lekkiego Swifta. Nawet w trasie nie ma żadnych problemów z wyprzedzaniem. Razić może tylko niska realna prędkość maksymalna, na poziomie 170 km/h. Ale w końcu to samochód na miasto.

Na plus ciekawy system SHVS, czyli tak zwane „mildhybrid”. Malutki silnik elektryczny, ładowany np. podczas hamowania, wspomaga pracę benzyniaka, głównie na niskich obrotach, „od dołu”. Swift nie ma funkcji jazdy na samym „elektryku”, więc nie musimy obawiać się o bezpieczeństwo pieszych przy manewrowaniu. System wpływa jednak – i to znacznie – na zużycie paliwa. W trasie małe Suzuki spokojnie może zejść poniżej 5 litrów (wyniki z „czwórką z przodu” od zawsze robią na mnie wrażenie…), zaś w mieście spali około 6 litrów. To dobre wyniki, w dodatku nawet dynamiczna jazda niespecjalnie podbija spalanie.

Niestety, poza silnikiem reszta elementów składających się na wrażenia z jazdy rozczarowuje. Układ kierowniczy nie jest tak bezpośredni, jak można by sobie tego życzyć. Zawieszenie działa głośno i choć jest przyjemnie komfortowo zestrojone, nie daje radości przy szybkiej jeździe. Skrzynia biegów ma trochę za duży skok i nie jest wystarczająco precyzyjna. Przy szybkiej zmianie trzeba uważać, by nie usłyszeć zgrzytu. Przydałby się szósty bieg.

Ale tak naprawdę, to wyłącznie mój problem. Spodziewałem się, że Swift da mi radość z jazdy, ale nie mogę go winić za to, że było inaczej. W końcu to – nadal – zwykłe auto klasy B, w końcu z podstawowym silnikiem (dla chętnych jest jeszcze dotknięte downsizingiem mocniejsze 1.0T 111 KM, a w planach – wersja Sport).

Możliwe, że większość osób zainteresowanych Swiftem nie zwróci uwagi na opisywane przeze mnie wady.  Docenią za to dobre wyposażenie testowanej wersji. Jeśli chcemy mieć w swoim Swifcie “mikrohybrydowy” system, możemy wybrać jedynie najbogatszą wersję Exclusive. A to oznacza bardzo dobre wyposażenie.

Reflektory LED mogłyby świecić lepiej, ale aktywny tempomat działa świetnie – a w tej klasie nadal robi wrażenie. Rozbudowany zestaw multimedialny też ma swoje wady, ale i tak ciężko nie polubić możliwości sparowania smartfona, nawigacji czy możliwości podłączenia np. pendrive’a. Pomocni mogą być asystenci utrzymywania pasa ruchu i system automatycznego hamowania przed przeszkodą. Uwaga – by wyłączyć pierwszy z tych systemów, należy długo przytrzymać odpowiadający za to przycisk.

Każdy na pewno zwróci uwagę na zbyt krótkie siedziska. Zwłaszcza w trasie i zwłaszcza kierowcy wyżsi. Poprawy wymaga też wyciszenie wnętrza – wyraźnie słychać silnik i zawieszenie.

Poza tymi wadami, Swift jest przyzwoitym samochodem. Może podobać się jego wygląd, ciężko też zarzucić mu coś większego, niż niedosyt wrażeń z jazdy. Co ważne, bardzo mało pali. Z drugiej strony, w dobie aut klasy B aspirujących do kompaktów – dużych, przestronnych i dobrze wyciszonych – niewielki i dość głośny, typowo miejski Swift powinien wyróżniać się przynajmniej prowadzeniem.

Nowemu Swiftowi brakuje, więc tego pazura, ale klienci nie zwracający na to uwagi, powinni wziąć Swifta pod uwagę. Ze swoją ceną na poziomie 60 tysięcy za wersję Exclusive z systemem SHVS ma niezły stosunek wyposażenia do kwoty na fakturze. Inna sprawa, że za tyle można już kupić nieco większe Baleno. Ale to samochody dla różnych klientów – Swift jest po prostu ciekawszy. Ci liczący na więcej wrażeń niech czekają na wersję Sport. Powinna być lepsza. Ja już przebieram nogami.

Mikołaj Adamczuk

Fot. Dominika Szablak

źródło: www.motopodprad.pl 

Dodaj komentarz

Ogłoszenia motoryzacyjne

Marka:
Model:
ogłoszeń

Facebook

Najciekawsze oferty

Premiery


Aktualności

Copyright © 2017 CR PLUS Sp. z o.o.