Test Isuzu D-Max 1.9 Ddi – wygodny i charakterny

27.07.2017, 15:33 przez Dawid

Segment najbardziej męskich samochodów dumnie reprezentują pick-upy, a największą ich reprezentację oferują azjatyccy producenci. Właśnie z kraju kwitnącej wiśni w nasze ręce trafił Isuzu d-max – samochód, który spróbuje przekonać Was, że jest prawdziwym robotnikiem z „krwi i kości”.

Marka Isuzu na rynku amerykańskim, azjatyckim a nawet afrykańskim wypracowała sobie dobrą renomę, głównie za sprawą pojazdów ciężarowych, autobusów oraz silników wysokoprężnych. Natomiast na naszym rodzimym podwórku Isuzu jest wciąż egzotyczną propozycją. Warto jednak w tym miejscu przypomnieć, że mimo małej rozpoznawalności marki o niemal 100-letnim rodowodzie, w autach europejskich producentów znaleźć możemy silniki Isuzu, które dzielnie walczą z ogromnymi przebiegami - znajdziemy je też w samochodach "made in Poland", np. popularnych Oplach Astra.

Isuzu w 2016 roku sprzedało w Polsce 335 aut (największy konkurent Amarok – 520 sztuk) i w 2017 roku zaciera ręce, aby poprawić ten wynik. Do walki wystawia odświeżoną drugą generację d-maxa, który w roku 2017 został poddany delikatnemu liflingowi.

Trudno, aby serce mocniej zabiło na widok d-maxa, ale na twarzy pojawiły się rumieńce. Karoseria nie jest rozkoszą dla oczu, a linia d-maxa zdążyła się już nieco opatrzyć, nie oznacza to jednak, że samochód ten jest nieatrakcyjny. Z zewnątrz wzrok ściąga masywny chromowany grill oraz skośne światła wykonane w technologii LED, złowieszczo spoglądające na drogę i bezdroża. Nadwozie jest muskularne, a delikatne przetłoczenia optycznie powiększają karoserię. Na szczęście nie pojawiają się sterydowe przerosty formy nad treścią, Isuzu niczego nie udaje - i dobrze! Jest jak mężny i dzielny Polak na budowie w Anglii, a nie chiński zespół „budujący” autostradę A2. Brawo!

Skoro męski charakter jest zapisany w DNA d-maxa, a w moim sercu drzemie miłość do ogrodniczej pasji, nie mam innego wyjścia i zabieram auto do jego naturalnego środowiska – do pracy!

A więc ruszamy! Rozrusznik cyk i do naszych uszu dochodzi dźwięk czterocylindrowego silnika wysokoprężnego 1.9 o mocy 163 KM i 400 Nm momentu obrotowego. Nowa generacja silnika w tym modelu jest trochę cichsza w porównaniu do starej jednostki napędowej (2,5 litra) oraz zużywa mniejsze ilości paliwa. Uruchomiony silnik nie pozostawia żadnych wątpliwości, że mamy do czynienia z samochodem roboczym – jest dość hałaśliwy przy wyższych obrotach, ale nadal jest to akceptowalny poziom. Nie tracę czasu, szybko wrzucam jedynkę i ... jadę do tyłu. Tak dzieje się, gdy zapomnimy, że w Isuzu wsteczny jest tuż obok jedynki. Ustawienie lewarka maksymalnie w lewo i do góry może spłatać nam figla i z tyłu samochodu zrobić harmonijkę. Jeśli już jesteśmy przy skrzyni – pierwsze dwa biegi są krótkie. Wprawdzie przy każdym ruszaniu intensywnie wachlujemy lewarkiem, który mocno przenosi wibracje silnika, ale w terenie z ładunkiem może okazać się to nieocenione. 

Pierwsze kilometry za kierownicą d-maxa zadziwiają. Samochód ten zachowuję się jak osobówka z przerostem testosteronu. Isuzu pozwala zająć wygodną pozycję za kierownicą, patrzeć z góry na innych kierujących i po prostu cieszyć się jazdą. W środku nie jest przesadnie głośno, a na pewno ciszej niż w L200. Przy wyższych prędkościach drażnić może świst powietrza uszczelek pierwszego rzędu siedzeń, ale o nasze dobre samopoczucie zadba niezły system audio.

Dotychczasowe pochwały dla d-maxa skutecznie mógłby zepsuć piątkowy korek, ale nie! I jest to odpowiedni moment, żeby napisać, co proponuje producent z Japonii we wnętrzu nowego d-maxa. Rozplanowanie wnętrza jest przyjemne dla oka, boczki drzwiowe płynnie przechodzą w deskę rozdzielczą, tworząc fajny efekt. Tu mimo połaci ciemnego plastiku, czuję się bardzo dobrze, nie razi panel konsoli centralnej z ogromnym pokrętłem klimatyzacji, choć umieszczona nad nią stacja multimedialna kenwood, wielkości zwykłego radia 2-din, zdecydowanie do najnowszych rozwiązań już nie należy. Użyte materiały są twarde, ale w aucie roboczym liczy się przede wszystkim charakter użytkowy pojazdu i ergonomia, a tu nie ma się kompletnie, do czego przyczepić. W ulicznych korkach oraz podczas godzin spędzonych za kółkiem o naszą wygodę zadbają bardzo wygodne fotele.

Wracając do jazdy, bo to ona jest w tym aucie najważniejsza. Gabaryty auta są do zaakceptowania – Isuzu jest o 10 cm dłuższe od L200 i o tyle samo krótsze od Navary, ale miejskie zgliszcza zdecydowanie nie są naturalnym środowiskiem tego auta. Isuzu wyposażono w kamerę cofania – nawiasem mówiąc średniej jakości, ale do zwinności w codziennej miejskiej jeździe dużo jeszcze brakuje. Poza tym nieco problematyczne może okazać się zawieszenie. Auto jest sztywne, a zastosowanie resorów piórowych, podobnie jak u konkurencji, np. w L200, skutkuje podskakiwaniem tylnej osi na poprzecznych garbach czy spowalniaczach, niczym byczka na rodeo – a to już jest nieprzyjemne i potrafi zirytować.

Korek na krajowej ósemce zelżał, więc wyjeżdżamy za miasto. Do tej pory jechaliśmy bez ładunku, ale jak do pracy, to do pracy. Na pakę załadowaliśmy około 600 kg workowanej ziemi ogrodowej. Powierzchnia ładunkowa zapełniła się niemal w całości, resory delikatnie to odczuwają - auto konstruktywnie przygotowane jest do obciążenia prawie dwukrotnie większego – a dokładnie 1085 kg, choć chodzą plotki, że i 1,5 tony nie stanowi dla niego problemu. Auto może ciągnąć przyczepę do 3500 kg, a więc cały zestaw d-max z przyczepą może ważyć prawie 7 ton!!!

W drodze do celu, załadowany d-max musiał się zmierzyć z głębokim piaskiem i z czysto dziecięcej ciekawości, ze starorzeczem Bugu w okolicach Serocka. Cóż powiedzieć... proszę o więcej - łatwo, bez zająknięcia i wręcz trywialnie! Co do samej powierzchni ładunkowej – pokryta jest materiałem odpornym na ciężar, choć wożenie ostrych przedmiotów zmienia jej estetyczny wygląd dość szybko. W ofercie producenta dostępna jest specjalna powłoka, jeszcze bardziej wytrzymała, odporna na zarysowania i rekomenduję jej zakup, podobnie jak zrezygnowanie z metalowej pokrywy powierzchni ładunkowej i zastąpienie jej roletą. Pozwoli to na okazjonalne przewożenie dłuższych ładunków, gdyż w moim przypadku przewożenie wysokich drzewek okazało się niemożliwe na pace, a w przestronnej kabinie już wykonalne. 

Wół roboczy nie zawsze musi stać blisko wodopoju. D-max bardzo oszczędnie zużywa 75-litrowy bak. Byłem pod wrażeniem spalania Isuzu w trasie przy prędkościach rzędu 120-130 km/h spala około 6,6 litra, w trybie miejskim około 7,6 litra oraz 8,2 litra przy załadowaniu paki w około 60%. Maksymalne spalanie jakie udało nam się osiągnąć wahało się w okolicach 8,6 litra. Podczas testu na jednym tankowaniu udało nam się pokonać razem około 900 km i wciąż zostało 100 km zasięgu. W kwestii zasięgu ciekawe jest działanie filtra cząstek stałych, a konkretnie proces wypalania. Zasięg przy każdym dopalaniu skacze do góry i nie ucieka równie szybko, jak się pojawia. Takie małe oczko od Isuzu – pojeździmy jeszcze?

Podsumowując. Jeździłem prawie wszystkimi czołowymi pick-upami w Polsce. D-max należy do ścisłej czołówki aut tej klasy. Z powodzeniem może konkurować z Nissanem Navarą i Fordem Rangerem. Z tyłu zostawia L200, ale zagadka brzmi, jak wypadłby w porównaniu z Amarokiem lub Hilux'em? Na to pytanie mam nadzieję odpowiedzieć niebawem.

Bartosz Kowalczyk

fot. Adam Gieras Fotomotografia

źródło: www.motopodprad.pl 

Dodaj komentarz

Ogłoszenia motoryzacyjne

Marka:
Model:
ogłoszeń

Facebook

Najciekawsze oferty

Premiery


Aktualności

Copyright © 2017 CR PLUS Sp. z o.o.